Brzmi to jak scenariusz z katalogu wielkiego końca epoki petrodolara. W praktyce byłby to raczej szok infrastrukturalny niż elegancka rewolucja walutowa. Iran mógłby próbować politycznie wypchnąć dolara z części obrotu ropą i paliwami w Zatoce, ale nie zmieniłby jednym ruchem tego, na czym przez dekady zbudowano globalny handel energią: benchmarków cenowych, rynku zabezpieczeń, płynności finansowania i przyzwyczajeń banków centralnych. Dolar nadal odpowiada za około 40 proc. globalnego fakturowania eksportu, choć udział USA w światowym handlu jest dużo mniejszy, a według BIS występuje po jednej stronie 88 proc. wszystkich transakcji walutowych. Jen pozostaje walutą ważną, ale znacznie mniejszą: pojawia się po jednej stronie 17 proc. globalnych obrotów FX. To pokazuje skalę problemu. Iran mógłby naruszyć dominację dolara w jednym punkcie systemu, ale nie zastąpiłby go łatwo w całym systemie.

Dla Stanów Zjednoczonych nie byłaby to przede wszystkim historia o fizycznym braku ropy. EIA podaje, że w 2024 r. USA sprowadzały przez Ormuz około 0,5 mln baryłek dziennie, co odpowiadało 7 proc. importu ropy i kondensatu oraz zaledwie 2 proc. krajowej konsumpcji paliw płynnych. Problem leżałby gdzie indziej: w cenie energii, w wyższych kosztach zabezpieczania transakcji, w presji inflacyjnej i w tym, że amerykańska gospodarka żyje nie tylko własną produkcją, lecz także światową ceną baryłki. Ostatnie tygodnie pokazały to bardzo wyraźnie: gdy Ormuz niemal zamarł, ceny paliw w USA przebiły 4 dolary za galon, a popyt na amerykańskie paliwa eksportowe wystrzelił, bo reszta świata szukała alternatywy dla Zatoki.

Czy taki zwrot byłby w ogóle wykonalny?

Najpierw trzeba powiedzieć rzecz niewygodną dla sensacyjnej tezy: Iran nie mógłby sam po prostu przestawić całej Zatoki Perskiej na jeny. Żeby taki system miał znaczenie, musieliby wejść do niego główni eksporterzy, przede wszystkim państwa GCC. Tymczasem IMF wprost pisze, że saudyjski rial jest formalnie powiązany z dolarem, a sam peg pozostaje odpowiedni dla struktury gospodarki. Szerzej, IMF podkreśla również, że większość banków centralnych GCC prowadzi politykę stóp zgodną z cyklem Fedu właśnie z powodu powiązania swoich walut z dolarem. Innymi słowy, waluta rozliczeń za ropę nie jest tam tylko wyborem politycznym. Jest częścią całej architektury makroekonomicznej.

Druga bariera jest jeszcze bardziej przyziemna. Globalny rynek ropy jest nadal zbudowany wokół dolara jako waluty wyceny, płatności i zabezpieczenia. BIS pokazuje dominację dolara w obrotach FX, a ECB wskazuje, że dolar pozostaje walutą dominującą w fakturowaniu światowego eksportu. To znaczy, że przejście na jena nie byłoby zmianą samego numerka na fakturze. Wymagałoby przebudowy linii kredytowych, zabezpieczeń kursowych, rozliczeń międzybankowych i zarządzania rezerwami. Najbardziej prawdopodobny byłby więc nie pełny przewrót, lecz mieszany, kosztowny system równoległy, który zwiększa tarcie zamiast je usuwać. To jest wniosek oparty na obecnej strukturze rynku, a nie na pojedynczej politycznej deklaracji.

Co zmieniłoby się dla dolara?

Nie należy mylić dwóch rzeczy: symbolicznego uderzenia w petrodolara i realnego załamania popytu na dolara. To pierwsze byłoby politycznie głośne. To drugie dużo trudniejsze. Reuters, powołując się na najnowsze dane IMF, pisał 2 kwietnia 2026 r., że udział dolara w światowych rezerwach walutowych bardzo powoli się obniża, ale nic nie wskazuje, by miał on w przewidywalnym czasie stracić pozycję głównej waluty rezerwowej. Nawet gdy część świata szuka alternatyw, głębokość amerykańskiego rynku długu, skala gospodarki USA i rola dolara w handlu oraz finansach nadal pozostają trudne do podrobienia.

Gdyby więc Iran wymusił rozliczenia w jenach dla części handlu zatokowego, najpewniej nie zobaczylibyśmy „końca dolara”, tylko wzrost premii za ryzyko i większą fragmentację przepływów. Dolar mógłby nawet chwilowo zyskać jako bezpieczna przystań, jeśli rynek uznałby, że eksperyment z jenem zwiększa chaos na rynku energii. Paradoks polegałby na tym, że próba osłabienia dolara mogłaby w krótkim terminie podbić popyt na niego jako narzędzie obrony przed zmiennością. Dopiero w dłuższym okresie, przy trwałym rozszerzaniu takich praktyk, pojawiłaby się bardziej zauważalna erozja jego przewagi. To również jest wniosek inferencyjny oparty na dominacji dolara w rezerwach, handlu i rynku FX.

Gdzie amerykańska gospodarka poczułaby to najszybciej?

Najsilniej nie ucierpiałby szyb naftowy w Teksasie, tylko cały mechanizm przenoszenia cen energii na codzienne koszty. Ostatni kryzys wokół Ormuzu już pokazał, że nawet przy niewielkiej bezpośredniej zależności od tego szlaku USA szybko dostają po kieszeni przez ceny benzyny i diesla. Reuters informował, że ceny paliw przekroczyły w USA 4 dolary za galon, a diesel zbliżył się do 5,50 dolara, podczas gdy Nowy Jork Fed zanotował wzrost rocznych oczekiwań inflacyjnych do 3,4 proc. oraz skok oczekiwanych cen benzyny do 9,4 proc. Jeśli do takiego tła dołożyć jeszcze kosztowną zmianę waluty rozliczeń w Zatoce, rynki dostałyby dodatkowy powód, by podnosić cenę ryzyka energetycznego.

Najbardziej prawdopodobne kanały uderzenia wyglądałyby tak:

  • wyższe koszty hedgingu i finansowania handlu ropą, bo firmy musiałyby zarządzać dodatkowo ekspozycją na jena
  • większa zmienność kursowa między dolarem, jenem i walutami importerów energii
  • ryzyko, że część rynku zacznie wyceniać nie samą ropę, lecz także niepewność co do waluty rozliczeń
  • mocniejsza presja na ceny paliw i transportu w USA, jeśli nowy system rozliczeń utrudniałby płynność dostaw
  • bardziej ostrożny Fed, jeśli szok walutowo-energetyczny znowu podniósłby inflację oczekiwaną i faktyczną

To właśnie dlatego głównym skutkiem dla USA nie byłaby abstrakcyjna utrata prestiżu, lecz droższy kapitał. CBO prognozuje deficyt federalny na 1,9 bln dolarów w 2026 r., a wydatki odsetkowe mają wzrosnąć z 3,3 proc. PKB w 2026 r. do 4,6 proc. PKB w 2036 r. Przy takiej trajektorii każdy dodatkowy czynnik, który utrzymuje inflację wyżej i opóźnia cięcia stóp, staje się fiskalnie bolesny. W tym sensie przestawienie części handlu ropą na jeny byłoby dla USA bardziej problemem kosztu pieniądza niż problemem samej dostępności ropy.

Czy jen naprawdę byłby wielkim zwycięzcą?

To wcale nie jest takie oczywiste. Jen zyskałby prestiż i większą rolę w handlu surowcami, ale Japonia nie wchodziłaby do tej gry z pozycji walutowego hegemona, lecz z pozycji kraju bardzo wrażliwego na drogie paliwa. Reuters pisał 4 kwietnia, że IMF namawiał Bank Japonii do dalszych podwyżek stóp mimo ryzyk wojennych, bo konflikt podniósł ceny importu i presję inflacyjną. Kilka dni później Reuters odnotował, że rentowność 10-letnich obligacji Japonii sięgnęła 27-letniego maksimum, a rząd coraz wyraźniej martwił się kosztami subsydiowania paliw w warunkach słabego jena i drogiej ropy. Krótko mówiąc: Japonia sama nie wygląda dziś jak kraj, który z radością wziąłby na barki ciężar nowej waluty energetycznej świata.

Co więcej, BIS pokazuje, że jen jest ważny, ale nadal znacznie mniejszy od dolara jako waluta rynku FX. Nawet gdyby w rozliczeniach za ropę jego rola wzrosła, nie oznaczałoby to automatycznie powstania tak głębokiego, taniego i elastycznego rynku finansowania jak w dolarze. Dla USA to dobra wiadomość: eksperyment z petroyenem mógłby zwiększyć turbulencje, ale raczej nie stworzyłby od razu pełnoprawnej alternatywy dla całego dolarowego ekosystemu.

Kto w Ameryce zyskałby, a kto zapłaciłby rachunek?

W krótkim terminie część amerykańskich eksporterów energii mogłaby nawet korzystać z zamieszania. Reuters pisał 1 kwietnia, że eksport paliw z USA osiągnął w marcu rekord, bo Europa, Azja i Afryka szukały zamienników dla dostaw z Bliskiego Wschodu. To pokazuje, że amerykański sektor paliwowy potrafi zarabiać na globalnej dezorganizacji. Ale to tylko jedna strona równania. Druga jest politycznie i gospodarczo ważniejsza: wyższe ceny paliw dla kierowców, droższy transport, słabsze nastroje konsumentów i presja inflacyjna rozlewająca się na całą gospodarkę.

W takim świecie dla importerów, eksporterów i firm żyjących z cienkiej marży jeszcze większego znaczenia nabiera nie tylko sam kurs dolara czy jena, ale też koszt codziennych przewalutowań i szybkość reakcji na skoki rynku. Dlatego internetowa wymiana walut na globaltransfer.pl może być dla części przedsiębiorstw po prostu praktycznym sposobem na ograniczanie części kosztów wtedy, gdy geopolityka nagle zaczyna mieszać w USD/JPY szybciej, niż da się przepisać cennik albo umowę handlową.

Najbardziej prawdopodobny finał nie wygląda więc jak hollywoodzki upadek dolara. Bardziej przypominałby miesiące podwyższonej nerwowości: droższy hedging, wyższą premię za ryzyko energetyczne, większą wrażliwość inflacji i bardziej napiętą debatę o stopach procentowych oraz długu publicznym. Dla USA byłby to kłopotliwy, kosztowny szok systemowy, ale nie egzekucja na amerykańskiej gospodarce. Żeby naprawdę zmienić reguły gry, petroyen musiałby wygrać nie jedną polityczną bitwę w Zatoce, tylko wieloletnią wojnę o zaufanie, płynność i skalę. Na razie wszystkie trzy przewagi pozostają po stronie dolara.

Źródła

  1. Global trade invoicing patterns: new insights and the influence of geopolitics, 2025, European Central Bank.
  2. OTC foreign exchange turnover in April 2022, 2022, Bank for International Settlements.
  3. Amid regional conflict, the Strait of Hormuz remains critical oil chokepoint, 2025, U.S. Energy Information Administration.
  4. The Budget and Economic Outlook: 2026 to 2036, 2026, Congressional Budget Office.
Prof. Hieronim Kluska
Profesor |  + posts

Profesor nauk ekonomicznych. Diler walutowy.

Prof. Hieronim Kluska

Profesor nauk ekonomicznych. Diler walutowy.

Polecamy

Więcej artykułów tego autora